poniedziałek, 30 stycznia 2017

Rozdział 2 "Człowiek, który spadł na ziemię"

Znajdowałem się przed wejściem do White Cube Gallery na Bermonsdey Street. Jest to mała, zagubiona galeria w Londynie o której wie mało osób. Nie jest tak popularna National Gallery, Tate Modern czy Natural History Museum, ale moim zdaniem ma w sobie więcej alternatywności i oryginalności niż pozostałe. Odkryłem to miejsce dzięki mojej Peggy, która zabrała mnie tutaj na pierwszą randkę we wrześniu 1963.
– Więc jesteś czarodziejem.. – mruknęła wątpliwie. – To żart, prawda? Nabijasz się ze mnie – dodała urażona i spojrzała na mnie z ukosa. Przechadzaliśmy się ulicami Londynu i rozmawialiśmy. Uśmiechnąłem się pod nosem słysząc odpowiedź Peggy, choć prawdę mówiąc wcale jej się nie dziwiłem. Który mugol uwierzyłby w czary i inny, magiczny świat?
– Chodź. – Wziąłęm ją za rękę i zaprowadziłem do małego, ślepego zaułka. – Patrz i uwierz – powiedziałem i wyciągnąłem różdżkę. – Avis! – wypowiedziałem, a z mojej różdżki wyleciało stado małych ptaszków. Kobieta przyglądała się urzeczona nie wierząc w to co widzi. Patrzyła jak ptaszki kierują się w górę i górę, by zniknąć za dachami budynków.
– To.. niesamowite! – szepnęła i skierowała wzrok na mnie. – Prawdziwe.. czary!
– Tak. – Zaśmiałem się. – Prawdziwe czary.
Wyszliśmy na główną ulicę, a kobieta nie potrafiła wyjść z podziwu i ciągle, ale to ciągle mówiła. Nie mogłem dojść do słowa, ponieważ co chwilę przerywała mi. Zaśmiałem się do siebie. Była taka subtelna, normalna i dobra.
– Byłeś kiedyś w White Cube Gallery? – zapytała mnie, a ja poczułem jak łapie mnie za rękę. Ścisnąłęm mocniej jej dłoń i przybliżyłem do siebie.
– Nigdy o niej nie słyszałem – przyznałem szczerze i kątem oka spojrzałem na kobietę, która uśmiechała się od ucha do ucha.
– W takim razie może i ja Cię zaskoczę. – Uśmiechnęła się do mnie promiennie i pociągnęła do przodu.
Przechadzaliśmy się po galerii i oglądaliśmy przeróżne obrazy, lepsze jak i gorsze. Nie wypuszczałem jej dłoni, trzymałem, jakbym wiedział, że nie długo będzie mi dane cieszyć się szczęściem. A to właśnie czułem patrząc na nią. Przeogromne szczęście, które przepełniało moje ciało. Peggy stała obok mnie i przyglądała się obrazowi, który ukazywał jakiś wiejski widok. Kątem oka spojrzałem na nią  i zauważyłem jak łatwo było zobaczyć w niej emocje. Można było czytać z niej jak z otwartej książki. Widziałem podziw, skupienie, zachwyt, a w oczach czaiły się chochliki. Nigdy nie spotkałem tak niesamowitej osoby, która tak bardzo zaabsorbowałaby moją uwagę. Peggy Carter była całkowicie inna niż wszystkie kobiety, które spotkałem na swojej drodze. Nawet w Hogwarcie, dziewczyny uganiały się za mną, lecz nie zwracałem na to większej uwagi.
– Masz ochotę coś zjeść? – zapytałem, gdy już wyszliśmy z galerii.
– Oczywiście! – odpowiedziała, a ja objąłem ją ramieniem i ruszyliśmy przez Bermonsdey Street w poszukiwaniu jakieś uroczej knajpki. Było lato, a słońce ogrzewało nasze twarze. Spacerowaliśmy wzdłuż ulicy, a Peggy opowiadała o swoim ukochanym kocie.
– Koniecznie musisz go poznać! – zapiszczała, a ja skrzywiłem się mimowolnie. – Nie lubisz kotów, prawda? – Spojrzała na mnie i uniosła brwi do góry.
– Nie są one moimi ulubionymi zwierzętami – przyznałem szczerze i wzruszyłem ramionami.
– No trudno. Będziecie musieli się polubić – powiedziała, a ja roześmiałem się szczerze. Ta kobieta była niesamowita.
Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem biorąc pod uwagę, że zawsze starałem się stronić od wszystkich, jednak ona odkryła moją drugą naturę. Tą bardziej.. ludzką.

Zamknąłem oczy i ponownie je otworzyłem. Wspomnienia przepełniały każdą komórkę mojego ciała. Było to tak absorbujące, że nie wiedziałem jak odróżnić wspomnienie od rzeczywistości w której się znajduję. Obraz powoli zaczął się zmieniać, a ja poczułem jak jestem przenoszony w całkowicie inne miejsce. Czekałem cierpliwie aż zawirowania ustaną i rozejrzałem się dookoła. To miejsce było tak cholernie znajome.
Usiadłem na ławce i odchyliłem głowę do tyłu. Znajdowałem się Cairnorms National Park, gdzie spędziłem większość czasu z dziewczynką o imieniu Florence. Zawsze uważałem jej imię za wdzięczne, subtelne i pełne pasji. Wywodzi się z łacińskiego i oznacza „kwitnący”, „pomyślny”, a Flo właśnie taka była. Jednak dziewczynka, mimo młodego wieku, miała masę zmartwień, a przede wszystkim nazwisko.
            Black.
            Florence Black urodziła się w zamożnym i podziwianym od wieków rodzie Blacków. Od pokoleń są oni fanatykami czystej krwi, a teraz także i Lorda Voldemorta. Słodka, mała Flo od zawsze musiała radzić sobie z gniewem, cynizmem i wyższością w jej rodzinie. Wszystko zmieniło się od kiedy dziewczynka skończyła jedenaście lat, a list z Hogwartu do niej nie przyszedł. Już wcześniej jej rodzina domyślała się, że jest charłakiem, lecz dokładnie 1 sierpnia 1973 Florence została wydziedziczona i wygnana na ulicę. Dziewczyna tułała się od domu do domu, by cokolwiek zjeść i mieć gdzie spać, lecz nastały czasy gdzie ludzie bali się przyjmować do siebie obcych. Zamykali jej drzwi przed nosem, posądzali o żebractwo, a jeszcze inni mówili o niej Dziewczynka Która Kłamie. Poznałem Florence 23 września 1975, w czasie Pierwszej Wojny Czarodziejów, gdy skończyła 13 lat. Brałem udział w patrolu, w okolicach Westminster, gdzie umiejscowiony jest Big Ben, jedna z największych atrakcji Londynu. W czasie wolnym, którego miałem nadzwyczaj mało, lubiłem przychodzić tutaj i wpatrywać się w ogromny zegar, a także budowlę, która swoją konstrukcją nie przypominała niczego innego na świecie. Zastanawiałem się wtedy, czy każdy z nas dostaje to na co zasługuje.
– Moody, sprawdź tamten zaułek – polecił mi Fenwick i sam poszedł w przeciwną stronę.
Szedłem ulicą najciszej jak się da, skupiony i przygotowany na ewentualny atak. Trzymałem różdżkę blisko siebie, by w razie potrzeby od razu ją wyciągnąć. Rozglądałem się i uważnie zapamiętywałem każdy cal. Gdy usłyszałem szelest momentalnie stanąłem i nasłuchiwałem nie przestając obserwować otoczenia. Dostrzegłem, że coś porusza się za zielonym kontenerem na śmieci. Wolnym krokiem zacząłem zbliżać się do przybysza, a gdy byłem dostatecznie blisko, by móc rzucić zaklęcie, wyłoniłem się z mroku i podszedłem do nieznajomego, który widząc mnie zaczął uciekać. Osoba ta miała kaptur na głowie, więc nie mogłem rozpoznać płci, ani wieku.
– Stać! – krzyknąłem i ruszyłem w pogoń za uciekinierem. – Jako przedstawiciel magicznego prawa rozkazuje Ci stanąć! – dopowiedziałem nie zaprzestając gonitwy. Dobiegliśmy aż do końca zaułka, który okazał się być ślepym. – Odwróć się i trzymaj ręce w górze! – warknąłem unosząc wyżej różdżkę. Postać powoli odwracała się w moją stronę, a ja dopiero mogłem zauważyć wszystkie detale. Wybałuszyłem oczy i mimowolnie opuściłem różdżkę.
Przede mną stała dziewczynka, na oko dwunasto-trzynastoletnia, która ubrana była w stare łachmany. Bluza z kapturem, obdarta w paru miejscach, wisiała na niej, a bawełniane spodnie, przetarte na kolanach ledwo trzymały się na jej chudych nogach. Wpatrywała się we mnie przerażonymi oczami, a ręce trzęsły jej się z zimna.
– Nie zrobiłam nic złego – szepnęła do mnie i skuliła się patrząc na mnie zamglonym wzrokiem.
– Co tutaj robisz? I gdzie Twoi rodzice? – zapytałem chowając różdżkę do płaszcza. – Spokojnie, nie chcę Ci zrobić krzywdy – powiedziałem i podszedłem bliżej do dziewczynki. – Jak się nazywasz?
– Florence – odpowiedziała nieufnie.
– Florence. Dlaczego jesteś tu sama? – Widząc strój dziewczynki warknąłem pod nosem, zdjąłem płaszcz i okryłem ją.
– Jest pan czarodziejem, prawda? Ja jestem charłakiem, dlatego zostałam wydziedziczona – zaszlochała i ukryła twarz w dłoniach.
Spojrzałem na nią, a w sercu poczułem ukłucie. Pierwszy raz od śmierci Peggy poczułem cokolwiek, co nie było złością czy frustracją. Poczułem się w pewien sposób.. żywy. Zdjąłem jej kaptur i ujrzałem małą, wychudzoną brunetkę o soczyście zielonych oczach. Mimo jej zewnętrznego wyglądu, w oczach dziewczyny było coś arystokratycznego.
– Pomogę Ci. – Spojrzała przestraszona na moją wyciągniętą rękę w jej kierunku, lecz po chwili nieśmiało ujęła ją i razem skierowaliśmy się w poszukiwaniu mojego partnera. – Fenwick, to jest Florence – przedstawiłem młodą, a oczy Benio spojrzał na mnie zdziwiony.
– Masz śliczne imię. Ja nazywam się Benio. – Uśmiechnął się i wyciągnął dłoń. Flo skierowała wzrok na mnie, a gdy kiwnąłem głową, dziewczynka przywitała się z Fenwickiem.
Ustaliliśmy, że tą jedną noc przenocuję Flo u siebie w domu, ponieważ była zbyt późna godzina, by pukać do drzwi któregoś z sierocińców. Mimo współczucia, które mnie ogarniało, gdy spoglądałem na młodą zielonooką to nie byłem zbyt zadowolony z wyboru, że to właśnie u mnie Flo ma spać. Od lat nie byłem przyzwyczajony do goszczenia kogokolwiek w domu, który na tą chwilę był małą kawalerką z jednym pokojem. Dom, który dzieliłem wraz z Peggy od razu po jej śmierci sprzedałem. Nie chciałem wracać do bolesnych wspomnień jak i nie potrzebowałem niczego co będzie mi o niej przypominać. To nadal zbyt mocno na mnie oddziaływało.
Otworzyłem drzwi i wpuściłem małą do środka. Spoglądała zaciekawiona na moją klitkę, która może i była czysta, lecz w bardzo surowych barwach. Wychodząc z korytarzu rozprzestrzenia się widok na salon oddzielony kawałkiem stołu barmańskiego z kuchnią. Salon umeblowała rozkładana beżowa kanapa z białym pikowanym fotelem i niskim stolikiem kawowym z jasnego drewna. Meble ułożone były na puchowym biało-czarnym dywanie. Przed meblami na szarej tapecie rozciągało się wiele półek na których znajdowały się najróżniejsze książki o samoobronie, zaklęciach i czarodziejskim życiu, a także stały tam takie rzeczy jak fałszoskopy, monitory wrogów i czujniki tajności. Florance obserwowała pomieszczenie, a ja widziałem jak wiele pytań układa się w jej głowie.
– Tutaj będziesz spała. – Otworzyłem mały pokoik, który służył mi jako sypialnia. Na środku stało metalowe łóżko z dwoma białymi szafkami nocnymi. Na szafkach nocny stały dość spore, czarne lampy, a naprzeciw łóżka znajdowała się wnęka, która służyła jako szafa. Prócz tego w pokoju znajdowała się jeszcze komoda i duże, stojące lustro.
– Ma pan piękny dom – szepnęła Florence i spojrzała na mnie kątem oka. Chrząknąłem i wskazałem ręką, by dziewczyna weszła głębiej.
– Jesteś głodna? – zapytałem, a Flo usiadła na łóżku. Pokiwała nieśmiało głową, a ja skierowałem się do kuchni, by przyrządzić jakiś posiłek. Zajrzałem do lodówki, w której za dużo nie było. Skrzywiłem się i podrapałem po głowie. Po pewnym czasie udało mi się zrobić jajka ze szpinakiem. Do dania dołożyłem kromkę chleba i zapukałem do pokoju. Usłyszałem krótkie Proszę, wszedłem i położyłem talerz z jedzeniem na szafce nocnej.
– To pana żona? Dlaczego jej tu nie ma? – Florence trzymała w ręku ramkę ze zdjęciem moim i Peggy. Zamknąłem oczy i westchnąłem głęboko. Brunetka skrzywiła głowę i czekała na odpowiedź, której tak ciężko było mi udzielić.
– Zmarła. – Tylko tyle udało mi się odpowiedzieć. Zielonooka przyglądał mi się jeszcze przez chwilę po czym odłożyła ramkę i uśmiechnęła się do mnie. Podszedłem do szafy i zacząłem szukać na samym dnie starego pudła, w którym miałem ubrania Peggy. Udało mi się znaleźć czarne legginsy jak i jasną koszulkę.
– Mogę być trochę za duże, ale to jedyne co posiadam. – Podałem ubrania dziewczynie, która wpatrywała się we mnie urzeczona. – Jeśli będziesz chciała się wykąpać, łazienka jest od razu po prawo.
– Bardzo panu dziękuję. Za wszystko – powiedziała, podeszła do mnie i przytuliła mnie z całej siły. Stałem tam jak słup soli, nie wiedząc jak zareagować. Mimo mojego zmieszania poczułem swego rodzaju ciepło, które rozgrzewało mnie od środka. Poklepałem lekko dziewczynkę po plecach, a ona spojrzała na mnie szczęśliwa. Widziałem w jej oczach radość i wdzięczność, której nigdy nie udało mi się dostrzec w kim innym niż w mojej ukochanej żonie.
– Dobranoc – rzekłem i wyszedłem z pokoju.
Zamknąłem oczy i oparłem się o ścianę. Długi czas odsuwałem od siebie wszelkie pozytywne uczucia, a nagle zjawia się jakaś dziewczynka i wywraca mój światopogląd. Pokiwałem głową, by odrzucić od siebie złe myśli. To czego teraz potrzebowałem to był papieros. Podszedłem do płaszcza, wyjąłem paczkę papierosów wraz z zapałkami i podszedłem do okna. Widok z ulicy Downing Street był jednym z najpiękniejszych jakie można było ujrzeć w Londynie. Przede mną rozprzestrzeniał się krajobraz na Buckingham Palace, który w godzinach nocnych świecił jasno niczym gwiazda. Otworzyłem okno, odpaliłem papierosa i głęboko zaciągnąłem się dymem. Spoglądałem na miasto, które nigdy nie śpi. Słychać było silnik samochodów, krzyki pijanych mugoli, a także szum wiatru, który kołysał pobliskie drzewa. Obserwowałem Londyn, pogrążony w mroku, gdzie wszędzie czyhało niebezpieczeństwo.
Lord Voldemort zyskuje coraz to więcej zwolenników, których mam obowiązek wyeliminować, których chciałem wyeliminować, a w szczególności jednego osobnika. Osobnika, który zniszczył mi cały świat i odebrał jedyną osobę na której mi zależało.
Evan Rosier.
Już milion razy wyobrażałem sobie jego śmierć. Śmierć na milion sposobów. Jedyne co się dla mnie liczyło to to, że ten wyrok muszę wykonać osobiście. Wyrok śmierci. Rosier od lat jest jednym z najwierniejszych popleczników Voldemorta, który jest na każde jego zawołanie. Minęło tyle lat, a mi nadal nie udało się dorwać tej kanalii, która nie powinna stąpać po ulicach Londynu. Patrzyłem na korony drzew, paląc papierosa i rozmyślając nad sensem życia, tak bardzo ulotnego i kruchego. Po pewnym czasie zgasiłem peta, wyrzuciłem za okno, a następnie je zamknąłem. Wszedłem do łazienki, wykonałem wieczorne czynności i przebrałem się we wcześniej przygotowane ubrania do snu. Moje pedantyczne zachowania odzywały się na każdym kroku. Rozłożyłem kanapę po czym wyjąłem pościel i ułożyłem się do snu. Pierwszy raz od lat miałem tak twardy sen, że nie usłyszałem, gdy mała Flo kręci się po kuchni i przygotowuje śniadanie dla nas dwojga.

– Odwiedzisz mnie kiedyś? – zapytała Flo, gdy już odprowadziłem ją do sierocińca, który mieścił się przy Abbey Road i był jednym z najnowocześniejszych, jak na tamte czasy, miejscem dla dzieci bez rodzin. Zostawiając ją tam poczułem nieodpartą chęć zmienienia zdania i znów zabrania ją do domu, lecz po chwili wyperswadowałem sobie ten pomysł z głowy. Zbyt wiele niebezpieczeństw czai się nade mną, a to dziecko nie potrzebuje więcej stresów w swoim życiu.
– Jeśli będę miał czas – odpowiedziałem wymijająco, a na twarzy dziewczyny pojawił się szeroki uśmiech.
– Jesteś dobrym człowiekiem, wiem, że to zrobisz. – Objęła jej, a ja kolejny raz poczułem się niezręcznie. Jednak po chwili odwzajemniłem uścisk, pożegnałem się i udałem się do Ministerstwa Magii, gdzie czekały na mnie nowe obowiązki.

Westchnąłem i wstałem z ławki. Moje wspomnienia zajmowały każdą cząstkę mojego mózgu. Oczy miałem wilgotne, a serce o mało nie wyrwało mi się z piersi. Tak bardzo chciałem, by to wszystko przestało boleć. Minęło tyle lat, a ja nadal nie potrafiłem się z tym wszystkim pogodzić. Poczułem znajomy ból i wiedziałem, że za moment znów znajdę się gdzie indziej. Zamknąłem oczy jak to miałem w zwyczaju i czekałem. Gdy bół ustał ujrzałem Great Marlborough Street, gdzie dopuściłem się niedopuszczalnego.
Zabiłem człowieka.
Był styczniowy poranek 1976. Wysiadłem windą na drugim piętrze, gdzie mieściło się Biuro Aurorów. Odszukałem swój boks, który dzieliłem wraz z Beniem i zacząłem przeglądać dokumenty leżące na biurku. Fenwicka jeszcze nie było co oznaczało, że w spokoju mogłem popracować nad sprawami, które nadal są nierozwiązane. Wziąłem pierwsze lepsze akta, gdy ktoś podszedł i wychylił się za ścianki.
– Przeszkadzam Ci Alastorze? – zapytał mnie brązowowłosy czarodziej uśmiechając się przyjaźnie.
– Ty? Oczywiście, że nie, Albusie – odpowiedziałem i odłożyłem dokumenty na miejsce. – Co Cię do mnie sprowadza?
–  Spotkanie członków Zakonu. Dziś w tym samym miejscu i o tym samym czasie – rzekł szyfrem, ukłonił się lekko i poszedł w swoją stronę. Oboje nie mogliśmy narażać organizacji na ujawnienie.
Zakon Feniksa istnieje od 1970, gdy Pierwsza Wojna Czarodziejów wybuchła w całej Wielkiej Brytanii. Liczne morderstwa, zbrodnie, dziwne zniknięcia były na porządku dziennym. Albus Dumbledore, mój wieloletni przyjaciel założył organizację do której należeli przeciwnicy Lorda Voldemorta i jego popleczników. Voldemort od lat próbuje przejąć Ministerstwo Magii, jednak do tej pory jeszcze mu się to nie udało. Wszyscy zdają sobie sprawę z kretów podłożonych w Ministerstwie, a także coraz więcej pracowników ulegało zaklęciu Imperiusa. Nikomu już nie można było ufać.
– Crouch zarządził natychmiastowe zebranie! – powiadomił mnie jeden z Aurorów i skierował się do biura Bartemiusza Croucha, nowego zarządcy. Westchnąłem i udałem się w wyznaczone miejsce.
Usytuowałem się na końcowym miejscu wraz z innymi Aurorami czekając na przemowę szefa Departamentu, od którego surowość biła na kilometr.
– Jak wiecie jestem zwolennikiem ostrych metod w walce z poplecznikami Sami-Wiecie-Kogo. Jesteśmy powiadamiani o coraz to brutalniejszych morderstwach, dlatego też udzielam wam pełnomocnictwa na zabijanie Śmierciożerców i używania Zaklęć Niewybaczalnych – oznajmił, a wszyscy zaczęli szeptać między sobą zszkowani. – To wszystko, wracajcie do swoich obowiązków. – Po kolei wychodziliśmy z biura. Większość Aurorów oceniała nowego zarządcę i jego niekonwencjonalne sposoby na zwalczanie zła. Ja byłem zadowolony, sądziłem, że już od dawna ktoś powinien wprowadzić takie pozwolenia. Kanalie chodzą po świecie bezkarne, zabijają i trafiają do Azkabanu, gdzie do końca swojego życia są zadowoleni ze swoich uczynków. Myśląc o tym fala złości przepłynęła przez moje ciało.
Siedziałem do samego wieczora, gdzie większość pracowników już dawno poszła do domu. Ja jednak miałem do przejrzenia masę akt kryminalistów, którzy czekają na swój wyrok.
– Moody! Patrol przy Great Marlborough Street znalazł dwóch Śmierciożerców! Willson został ranny, zbieraj się! – Fenwick wbiegł tłumacząc wszystko w szaleńczym tempie po czym szybko wybiegł z pomieszczenia. W jednej chwili odłożyłem dokumenty, założyłem płaszcz i czym prędzej pobiegłem za Beniem.
Wyszliśmy z naszego miejsca pracy i deportowaliśmy się w wyznaczone miejsce. Moim oczom ukazała się prawdziwa walka. Zaklęcia leciały we wszystkie strony, a przestraszeni mugole chowali się i wskazywali palcem na działania pracowników Ministerstwa i Śmierciożerców, którzy mieli zakryte twarze. Kiwnąłem głową do Fenwicka, by zajął się mugolami, a ja wyjąłem różdżkę i skierowałem się na pole bitwy.
Petrificus totalus! – krzyknąłem i wycelowałem różdżką w czarodzieja najbliżej stojącego. Ciało mężczyzny momentalnie zesztywniało i osunęło się na ulicę.
– Alastor Moody – rzekł drugi zamaskowany Śmierciożerca i zaczął teatralnie klaskać. – Miałem nadzieję, że w końcu się spotkamy.
– W takim razie odsłoń twarz, bym wiedział kogo wsadzę do Azkabanu – warknąłem i uniosłem różdżkę w stronę przeciwnika.
– Nie poznajesz mnie? – Zaśmiał się gardłowo. – No tak, pewnie lepiej pamiętałaby mnie Twoja żona, gdyby jeszcze żyła – powiedział ironicznie, a ja mocniej zacisnąłem różdżkę.
– Jesteś martwy, Rosier – syknąłem wściekły i czekałem na odpowiedni moment, by zaatakować.
– Zobaczmy czy jesteś tak dobry jak o Tobie mówią, Moody – warknął i wycelował we mnie różdżką.
W duchu podziękowałem Crouchowi za nowe pełnomocnictwo, ponieważ wiedziałem, że to walka na śmierć i życie, w której jeden z nas będzie musiał zginąć.
Cieszę się, że wielu z was zainteresowała ta historia! Mam nadzieję, że wytrwacie dalej! Pozdrawiam i dziękuję bardzo odwiedzającym i komentującym :*  

10 komentarzy:

  1. Florence wydaje się taka słodka! Aż mogłabym ją schrupać! W dodatku coś czuję, że ta dziewczynka może mieć dobry wpływ na Alastora.. :) Rozdział jak zwykle świetny!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słodka, ale i będzie umiała pokazać charakterek.. :)
      Dziękuję pięknie za komentarz, pozdrawiam :*

      Usuń
  2. Już wiem na pewno, że z niecierpliwością będę oczekiwać na rozwinięcie wątku Flo i konfrontacji Moody - Rosier. Rozdział świetny, pokazujesz w pewnym sensie rutynę złamanego człowieka, a tak właściwie to moment, w którym coś zaczyna się zmieniać. Już się nie mogę doczekać, co będzie dalej.
    Pozdrawiam,
    Lilith ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie za miłe słowa! Co do Flo - jeszcze troszkę namiesza w życiu naszego Alastora!
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  3. Widzę, że rozdział wcześniej. Bardzo się z tego powodu cieszę. Peggy była naprawdę interesującą osobą. Nie wydaje się być samolubna i zapatrzona w siebie, ale jednocześnie ma tyle energii! I nikt jej nie przegada. "Jak z otwartej księgi..." znam to uczucie. Ze mnie (stety niestety) też tak da się czytać.
    Zainteresowała mnie też postać Florence. Biedna dziewczynka. Tylko przez to, że nie ma magicznych mocy została charłakiem... Dobrze, że Moody ją znalazł.
    Moody jest tu zupełnie inny niż ten w Harrym Potterze, ale to tylko ukazuje jaki mógłby być gdyby śmierciożercy nie odebrali mu wszystkiego.
    Czekam na next
    ~Dorcas

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udało mi się napisać wcześniej, masz rację! Peggy osobiście też bardzo polubiłam tak samo jak "innego" Alastora.. :)
      Pozdrawiam i dziękuję pięknie za miłe słowa! :*

      Usuń
  4. W rozdziale sporo się działo, może nawet za dużo. Nie zrozum mnie źle, po prostu pokazujesz nam sporo urwanych fragmentów z życia Moddy'ego i zastanawiam się, czy to nie dzieje się za szybko. Ale być może masz jeszcze wiele jego wspomnień do zaprezentowania ^^
    Urzekła mnie postać Florence, tak niespodziewana w życiu wypalonego Moody'ego! :) Przykro mi z powodu tego, co ją spotkało z rąk rodziny.
    I motyw zemsty też fajny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz całkowitą rację - dużo się dzieje, ale to dlatego, że planuję mało rozdziałów za to dłuższych! :) Trochę wspomnień jeszcze jest, ciągle się coś będzie działo!
      Dziękuje pięknie za komenatrz, pozdrawiam! :)

      Usuń
  5. Cześć!
    Bardzo miło mi poznać Cię i Twoją twórczość, z którą do dzisiaj nie miałam jeszcze styczności. Powiem szczerze, że choć czytam opowiadania w Blogosferze już od wielu lat, nigdy nie natrafiłam na blog poświęcony Alastorowi Moody'emu. Muszę przyznać, iż to tak dobry i oryginalny pomysł, że aż jestem zazdrosna,że sama na to nie wpadłam. No cóż, może kiedyś wpadnę na nietuzinkowy pomysł, na razie mówię o Twoim :)
    Szablon jest czymś na co ja zwracam szczególną uwagę, podobnie jak na karty opowiadania i jestem bardzo mile zaskoczona, że wszystko jest takie spójne, przejrzyste i uporządkowane. Daniel Craig jako Alastor tylko jeszcze potęguje ten efekt zachwytu!
    Teraz powiem trochę o treści, gdyż to ona jest najważniejsza. To jest dobre, nawet mogę powiedzieć, że bardzo dobre.Przemyślenia, wplatanie bohaterów i te przeskoki w czasie oraz jakiś taki swing, luz, coś co jest niesamowite sprawiło, że bardzo szybko przeczytałam te dwa rozdziały.
    Jestem zachwycona!
    Pozdrawiam serdecznie !
    Endory

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa! Mam nadzieje, że reszta też Ci się spodoba i zostaniesz na dłużej!
      Pozdrawiam! :)

      Usuń

Szablon wykonała Shalis dla WioskaSzablonów przy pomocy AlexOloughlinFan, subtlepatterns.