Statystka

Obserwatorzy

Alastor Moody

Zginąłem w czasie Bitwy pod Little Whinging. Lord Voldemort ugodził mnie śmiercionośnym zaklęciem prosto w twarz. Obudziłem się w pewnego rodzaju czyśćcu, by pogodzić się z przeszłością do której już nigdy nie chciałem wracać.
Stałem na East End w ubogiej dzielnicy Londynu. East End przez wielu ludzi jest omijana szerokim łukiem przez pogłoski o sławnym Kubie Rozpruwaczu, który grasował tu i napadał oraz brutalnie mordował prostytutki. Wiele lat temu mugolscy policjanci zajęli się tą sprawą i ponoć złapali winnego, lecz gdy byłem Aurorem i służyłem Brytyjskiemu Ministerstwu Magii to spotkała mnie sprawa z czarodziejskim Kubą Rozpruwaczem, który torturował swoje ofiary Cruciatusem, zabijał, a następnie pozbawiał ofiarę wszystkich organów. Była to sprawa nad którą pracowało wielu wykwalifikowanych pracowników ministerstwa, ale nikomu nie udało się znaleźć winowajcy. Był maj 1976, gdy przydzielono mi tą sprawę.
– Moody, dobrze, że jesteś. Mam coś co może Cię zainteresować – powiedział Fenwick i podał mi teczkę z aktami.
– O co chodzi? – zapytałem otwierając podane akta.
– Wszystko jest tu. – Wskazał na teczkę i usiadł na swoim miejscu w boksie. Kiwnąłem głową i czym prędzej wziąłem się za czytanie. Im więcej zagłębiałem się w lekturę tym większa złość opanowywała moje ciało. Nie mieściło mi się w głowie, że ktoś może popełniać tak brutalne i przerażające morderstwa.
– Myślisz, że to może być któryś ze Śmierciożerców? – Spojrzałem na Benia, który pisał raport.
– Jestem tego pewny – powiedział hardo i wstał. – Muszę złożyć raport. Potem możemy wybrać się na East End i razem trochę powęszyć. – Kiwnąłem głową na znak zgody i ponownie zacząłem czytać akta.
Pierwszy raz spotkałem się z taką sprawą, która naprawdę mnie wciągnęła. Nic innego w tamtym okresie się dla mnie nie liczyło. Harowałem jak wół, brałem nadgodziny i byłem gotowy na każde poświęcenie przez co Florence obraziła się na mnie śmiertelnie. Była już nastolatką w której buzowały hormony. Uczęszczała do mugolskiej szkoły, a w weekendy dorabiała w Pubie Pod Trzema Miotłami.
– Kogo moje oczy widzą – mruknęła widząc mnie w pewny sobotni wieczór, stojącego przy ladzie i czekającego na obsłużenie. – Co podać? – zapytała jakby nigdy nic.
– Nadal jesteś na mnie zła? – spytałem, a wzrok skupiłem na jej twarzy.
– A jak myślisz? – warknęła. – Ostatnio odwiedziłeś mnie cztery miesiące temu. Cztery bite miesiące, Alastorze – westchnęła zrezygnowana i pokręciła głową. – Co podać?
– Jestem tutaj na chwilę, mam..
– Inne obowiązki. Rozumiem – mruknęła obrażona i odwróciła się do mnie plecami. Odwróciłem głowę nie wiedząc jak zareagować. Uczucia nadal były dla mnie dość skomplikowane.
– Chciałem cię o coś prosić. Bądź czujna. W tym mieście nie jest bezpiecznie – powiedziałem na tyle dobitnie, by dziewczyna zwróciła na mnie uwagę. Niechętnie utkwiła we mnie wzrok.
– Jakby kiedyś było tu bezpiecznie – mruknęła spokojniejszym głosem. – To coś związane z twoją nową sprawą? – zapytała i uniosła brwi ku górze.
– Nie mogę o tym rozmawiać – uciąłem temat czym tylko rozjuszyłem dziewczynę.
– A o czym możesz rozmawiać? – warknęła nie kryjąc złości.
– Florence..
– Co się wydarzyło przy Great Marlborough Street? – zapytała, a ja automatycznie zamarłem. Nie chciałem o tym rozmawiać, a na pewno nie z tą młodą dziewczyną, którą nadal widzę samotną, porzuconą w obskurnym zaułku. Nieziemska cisza zapanowała między naszą dwójką. Nie patrzyłem na Flo, choć czułem jak jej wzrok przeszywa mnie wyczekując odpowiedzi. Chwilę później odwróciłem się na pięcie, wziąłem swój płaszcz i spojrzałem na dziewczynę.
– Coś czego nie zapomnę do końca życia – odpowiedziałem zgodnie z prawdą i wyszedłem na świeże powietrze. Naciągnąłem szczelniej płaszcz, by schować się przed zimnem i zacząłem iść całkowicie bez celu.
Wydarzenia z tamtego dnia wracały do mnie noc w noc. Koszmary, które przeżywałem śniąc, utwierdziły mnie tylko w jednym przekonaniu.
Zemsta nie daje ulgi. Zemsta pozbawia człowieczeństwa. Zemsta pozbawia celu.

Walka jaka rozegrała się między mną a Rosierem trwała w nieskończoność. Używałem coraz to mroczniejszych zaklęć, które przychodziły mi do głowy. Czułem się jak w amoku, jakby nic innego się nie liczyło prócz tego co jest tu i teraz.
Chciałem zabić.
– Czarna Magia, Moody? – roześmiał się Rosier odbijając moje zaklęcie. – Może jeszcze będą z ciebie ludzie. Servenedes! – krzyknął, a z jego różdżki wystrzelił jasny snop światła. W ostatniej chwili udało mi się uskoczyć. Mimo tak wielkiego wysiłku moje ciało same nad sobą panowało. Byłem gotowy uczynić wszystko, by pozbyć się Śmierciożercy, który jest odpowiedzialny za śmierć mojej żony. Odebrał mi wszystko co liczyło się dla mnie w życiu i musiał ponieść tego konsekwencję. Kątem oka zauważyłem, że zbliża się do nas niczego nieświadomy mugol, zaczytany w gazecie, nie zwracał uwagi na otaczający go świat. Nim zdąrzyłem cokolwiek zrobić było już za późno. Mężczyzna padł na ziemię wijąc się i skomląc jak dziecko. Warknąłem wściekły i spojrzałem z mordem w oczach na przeciwnika.
Dysponea Cruor! – huknąłem, a zaklęcie ugodziło Rosiera prosto w pierś. Śmierciożerca momentalnie zaczął się krztusić swoją własną krwią. Umierał na moich oczach, a ja patrzyłem na to zadowolony, dumny. – Gnij w piekle, kanalio – warknąłem do niego patrząc mu prosto w oczy.
– Alastorze! – usłyszałem i intuicyjnie odwróciłem się w stronę osobnika. Jak się okazało, popełniłem jeden z większych błędów w pojedynku. Mój  przeciwnik nadal żył i nadal był gotowy pozbawić życia mnie.
Diffindo! – szepnął Rosier w moją stronę i wycelował prosto w mój nos. Krzyknąłem z bólu i upadłem na asfalt trzymając się za krwawiącą część twarzy. Zamglonym wzrokiem spojrzałem przed siebie i zauważyłem ucięty kawał mojego nosa. Opadałem z sił, lecz resztkami świadomości próbowałem zanalizować sytuację. Ujrzałem Fenwicka w towarzystwie dwóch innych Aurorów, a także mojego przyjaciela i druha – Albusa Dumbledore, który był powodem mojej wcześniejszej nieuwagi. Głos przyjaciela podziałał na mnie jak kubeł z zimną wodą. Wreszcie zwróciłem swój wzrok na przeciwnika, którego bezwładne ciało leżało w tonach krwi. Zamknąłem oczy, by je ponownie otworzyć i przyjrzeć się tej scenie jeszcze raz.
Zabiłem go. Evan Rosier leży martwy w kałuży własnej krwi. Dokonałem zemsty, którą planowałem od lat.
Więc dlaczego nie odczuwam ulgi? Dlaczego Albus Dumbledore podchodzi do mnie, a w jego oczach widzę awersję? Jaki sens ma to wszystko, skoro dopuściłem się tak wielu niewybaczalnych czarów? Przestałem nad sobą panować, a wszystko to tylko i wyłącznie dla z e m s t y.
– Alastorze, musimy cię przenieść do Świętego Munga, natychmiast – rzekł Dumbledore i pomógł mi ustać na nogach. Zachwiałem się lekko, lecz silne ramiona czarodzieja ustawiły mnie do pionu. Opierałem się jedną ręką o jego plecy, a drugą nadal trzymałem za nos, a raczej szczątki, które z niego zostały. Po chwili poczułem zawroty głowy i już wiedziałem, że mój przyjaciel użył Teleportacji Łącznej. Nim zdąrzyłem obeznać się w sytuacji, leżałem na noszach i zostałem lewitowany na salę operacyjną.
Obudziły mnie rażące promienie słońca, które wpadały do sali. Powoli otworzyłem oczy, przyzwyczajając się do jasności, jaka zapanowała w pomieszczeniu. Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu zegara. Wskazówki usytuowane były na godzinie siódmej rano. Dotknąłem zabandażowanej twarzy i zacząłem z niezwykłą dokładnością oglądać swoje ciało.   Sporo blizn i ran pokrywało moje ręce, a kolana były w opłakanym stanie. To cud, że mogłem poruszać nogami. Podniosłem się do pozycji siedzącej i sięgnąłem po szklankę wody stojącej obok na szafce. W tym samym miejscu znajdowały się również dwie kartki. Odłożyłem wodę i wziąłem pierwszą do ręki. Od razu poznałem niechlujne pismo mojego partnera Benia.

Moody! Na czas Twojego niedysponowania chodzę na patrole z Benettem! To jest dopiero mrożący w żyłach gość! Całymi dniami milczy, a ja wolałbym już z Tobą kłócić się o pierdoły! Trzymaj się, mam nadzieję, że szybko wrócisz!
Benio Fenwick

Uniosłem brwi rozbawiony i pokręciłem głową przez co poczułem ból między oczodołami. Skrzywiłem się zniesmaczony własną głupotą i sięgnąłem po drugą kartkę. List był krótki, a schludne i pochyłe pismo mogło należeć tylko do jednej osoby.

Wracaj do zdrowia, Alastorze.

Kartka nie była podpisana, ale wiedziałem, że Albus Dumbledore tu był i czuwał. Zamknąłem oczy miętosząc w palcach kawałek papieru. Urywki tamtego zdarzenia uderzały we mnie coraz to głębiej. Obrazy przelatywały mi przed oczyma, a ja poczułem się bezsilny. Nie rozumiałem samego siebie, ani swojego zachowania. Rosier zasłużył na wszystko co go spotkało z mojej ręki, tylko aby czy na pewno nie czyni to ze mnie złego człowieka?
I wtedy to poczułem. Wyrzuty sumienia, które uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Złapałem się za głowę nie zważając na towarzyszący temu ból. Miałem nadzieję, że uda mi się wyrwać te myśli z mojej głowy, że poczuje się lepiej, gdy udam, że nie stało się nic złego.
– Panie Moody? – Do sali weszła Uzdrowicielka i spojrzała na mnie zaskoczonym wzrokiem. – Widzę, że się pan obudził? Jak się pan czuje? – zapytała, a mi się chciało krzyczeć. Autentycznie, prawdziwie. Krzyczeć, wrzeszczeć.
– W porządku – burknąłem nie patrząc na rozmówczynię.
– Stan pana zdrowia szybko się poprawia – powiedziała zaglądając w moją kartę. Prychnąłem w odpowiedzi, jednak niezrażona kobieta kontynuowała. – Miał pan wstrząs mózgu, złamaną nogę, rozcięcia w okolicach brzucha, ramion i dłoni, a także odcięty nos, którego niestety nie udało nam się zrekonstruować. Reszta dolegliwości została uleczona, a za parę dni będzie pan mógł wyjść ze szpitala. Jednak ostrzegam, powinien pan odpoczywać w domu i na jakiś czas darować sobie pracę. Dla zdrowia – dodała widząc moją wykrzywioną minę. – A i gratuluję panie Moody, został pan nazwany bohaterem. – Nie odezwałem się słowem, udając, że jestem sam w sali szpitalnej. Uzdrowicielka westchnęła, by po chwili wyjść zniesmaczona moich zachowaniem.
Bohaterem? Przecież ja.. umierałem. W głębi serca, gdzie resztki mojego człowieczeństwa zostały doszczętnie spalone. A ja bezwolny i rozeźlony pozwoliłem na to, by mrok wdarł się do mojego serca.

Szedłem ulicą w stronę Whitechapel paląc papierosa i rozmyślając nad dziewczynką, która oczekiwała wyjaśnień. Nie mogłem powiedzieć jej prawdy. Sam przed sobą nie chciałem się przyznać do tak brutalnego czynu, jakim jest torturowanie. Zachowałem się jak prawdziwy poplecznik Voldemorta. Wypuściłem dym z ust i poprawiłem płaszcz tak, by zakrywał moją szyję. Wietrzna pogoda tylko przeszkadzała w czynności jaką było wciąganie dymu tytoniowego. Ludzie spoglądali na mnie lekko przestraszeni z powodu ubytku jaki było widać w miejscu, gdzie powinien znajdować się nos. Z rozmyśleń wyrwał mnie głos, a raczej osoba, która z impetem wpadła na mnie przez co ledwo utrzymałem równowagę. Miałem zamiar warknąć rozzłoszczony, jednak mężczyzna stojący przede mną nie dał mi dojść do słowa.
– Bardzo pana przepraszam! Kiedyś za to moje roztargnienie stanie się komuś poważna krzywda! – powiedział i podniósł wzrok na mnie. – Na brodę Merlina! Alastor Moody! Dużo o panu słyszałem, jest pan naprawdę wielkim czarodziejem! Och, niech pan wybaczy, gdzie moje maniery! Nazywam się Artur Weasley. – Rudowłosy wyciągnął rękę, a ja z grzeczności uścisnąłem jego dłoń. W duchu zaśmiałem się z niedorzecznego zachowania mężczyzny. Jego szata, mocno znoszona, powiewała za każdym razem, gdy wiatr zmagał się na sile. Dostrzegłem, że ubranie czarodzieja jest dość stare i zniszczone, lecz on sam wyglądał na człowieka pogodnego i szczęśliwego.
– Pracujesz w Ministerstwie? – zapytałem siląc się na miły ton.
– Tak, tak – odpowiedział szukając czegoś w wielkiej torbie, którą tachał ze sobą. – Pracuję w Biurze Wykrywania i Konfiskaty Fałszywych Zaklęć Obronnych i Środków Ochrony Osobistej. Nie uwierzyłbyś co ludzie potrafią wymyślić! – roześmiał się, a kąciki moich ust uniosły się nieznacznie do góry. – O mam, mam! – Rudowłosy wyjął z podstarzałej torby naszyjnik i ostrożnie mi go pokazał. – Wydaje mi się, że ten naszyjnik po założeniu może poparzyć, a nie uleczyć. Co myślisz? – zapytał i spojrzał na mnie wyczekująco. Zręcznie chwyciłem biżuterię i przyjrzałem się z każdej strony, po czym dyskretnie wyciągnąłem różdżkę i mruknąłem parę zaklęć.
– Masz rację, Weasley. Po założeniu człowiek może spalić się żywcem – odpowiedziałem i powoli oddałem mu przedmiot. Czarodziej pokiwał entuzjastycznie głową i  ponownie wyciągnął w moim kierunku dłoń. 
– Muszę już uciekać, moja Molly mnie zabiję, jeżeli spóźnię się na kolację! Bardzo się cieszę, że w końcu udało nam się zapoznać. Dobrej nocy! – powiedział i chwilę po tym zniknął mi z oczu nim zdąrzyłem się odezwać.
Z dnia na dzień życie coraz bardziej zaskakuje. Tak gburliwy i emocjonalnie roztrzaskany w środku człowiek jak ja, przyciąga do siebie ludzi o dobrym sercu, którzy go szanują, podziwiają, a w najgorszym wypadku kochają.
W tym momencie usłyszałem przeraźliwy krzyk, który echem rozniósł się wśród budynków. Czym prędzej udałem się w miejsce hałasu z wysoko uniesioną różdżką przed siebie. Wyszedłem zza murku i zobaczyłem kobietę leżącą na ziemi, a wokół niej roztaczała się kałuża czerwonego osocza, a nad nią unosił się trupio blady mężczyzna. Zwrócił głowę w moją stronę, a ja zamarłem widząc krwisto czerwone oczy przeciwnika. Nim zdołałem wykrztusić słowo, mężczyzna w mgnieniu oka zniknął, a do moich uszu dotarł tylko niemy świst.
Zrozumiałem kto atakuje te wszystkie kobiety. Kto może być na tyle okrutny i morderczy, by dopuścić się takiej zbrodni.
Wampir.

Stałem przed gabinetem Croucha czekając na spotkanie. Chodziłem z jednego kąta do drugiego przez co irytowałem sekretarkę, która łypała na mnie złowrogo. Była sobota wieczór, a ona nadal siedziała w pracy. Musiała być naprawdę wzburzona. Kompletnie nie zwracając na nią uwagi myślałem o wydarzeniu, które miało miejsce dosłownie godzinę temu. Zdałem sobie sprawę, że moje życie nigdy nie będzie nudne. Praca Aurora to prawdopodobnie prestiż, który połączony jest również z przekleństwem.
Pierwszy raz w życiu spotkałem stworzenie, które żywi się ludzką krwią. Słyszałem wiele o tych istotach, jednak nie przypuszczałem, że one mogą być tak okrutne. Wampir, zwany potocznie Czarodziejskim Kubą Rozpruwaczem, zabił już sześć kobiet, a ta którą znalazłem w zaułku była siódma. Przez moje wtargnięcie wampir nie zdąrzył zabawić się ofiarą jak miał to w zwyczaju. Kobieta zmarła przez rozerwaną tętnicę. Rozdrażniony chciałem wparować do gabinetu i już trzymałem rękę na klamce, gdy drzwi się otworzyły, a przede mną stanął sam Barty Crouch Senior.
– Moody! – zawołał, a ton jego głosu jak zwykle brzmiał surowo. – Co cię do mnie sprowadza? Właśnie miałem wracać  do domu..
– Mogę wejść? – zapytałem i nie czekając na pozwolenie wszedłem do jego gabinetu. Crouch mimo zirytowania moim zachowaniem nie skomentował tego. Zamknął za nami drzwi, przeszedł do swojej strony biurka i oczekująco wbił we mnie wzrok. – Godzinę temu przechodziłem  przez Whitechapel. Wiem kto morduje i torturuje te wszystkie kobiety – powiedziałem, a oczy Croucha znacznie się powiększyły. Widać było w nich zaintrygowanie. – To wampir – dopowiedziałem przez co czarodziej zamarł. Wpatrywał się we mnie po czym złapał się za skronie niedowierzając.
– To wiele wyjaśnia – burknął i usiadł na fotelu intensywnie nad czymś myśląc. – Potrzebujemy specjalistów do walki z tym stworzeniem. Moody, chciałbym, żebyś to ty był dowódcą Brygady Ścigania Niebezpiecznych Istot, którą mam zamiar powołać w tej sprawie. – Spojrzał na mnie, a ja na znak zrozumienia kiwnąłem potwierdzająco głową. – Idź do domu, odpocznij. W poniedziałek zaczniemy polowanie – rzekł i ponownie zapadł w swoje myśli. Bąknąłem krótkie „Dobranoc” i wyszedłem z gabinetu szefa. Nie patrząc na sekretarkę od razu udałem się do wyjścia.
Zostałem dowódcą Brygady Ścigania Niebezpiecznych Istot. Większość Aurorów dałaby się poćwiartować za taki zaszczyt, lecz nie ja. Wiedziałem, że jestem najlepszy. Crouch nie znalazłby bardziej skrupulatnego i odważnego czarodzieja niż ja, który dodatkowo ma wprawę w łapaniu czarnoksiężników. Wampir, wilkołak czy też inne stworzenie, które zagraża populacji czarodziejów musi zostać wyeliminowane. Nie miałem z tym żadnego problemu.
Problemem nadal były dla mnie emocje i uczucia dziewczynki, którą świadomie raniłem, choć tak bardzo tego nie chciałem. Tylko czy dla tak bezdusznego czarodzieja jak ja istnieje jeszcze szansa na odkupienie win? Tego nie byłem pewny.

OD AUTORKI: Wracam po naprawdę dłuuuugiej przerwie, lecz z nowymi pomysłami na to opowiadanie! Wkładam w tą historię mnóstwo czasu, staram się umieszczać wiele opisów i wydaje mi się, że jak narazie jest to jedno z moich lepszych napisanych opowiadań. Nie powiem kiedy ukaże się następny rozdział, bo sama nie mam o tym bladego pojęcia. Jednak każdy komentarz będzie dla mnie mocno motywujący. Pozdrawiam kochani i mam nadzieję do rychłego zobaczenia!
© Design by Agata for WS. Scroller, pattern.